Zuzanna trzymając w rękach wyszczerbiony kubek pełen parującego naparu imbirowego z cytryną ze zniechęceniem wyglądała przez okno. Szarą, warszawską ulicą przemykali ludzie w ciemnych płaszczach z wysoko postawionymi kołnierzami, w czapkach, chowający czerwone od zimna nosy w wełnianych szalikach. „No chociaż szaliki mogliby mieć kolorowe” pomyślała z dezaprobatą „Ciągle tylko szarości i beże. Ile można? To miasto jest zimą dostatecznie ponure, nie trzeba tego nieustannie podkreślać”


Wtedy jej uwagę przykuła kobieta ubrana w długą kieckę w niebieskie kwiaty, błękitny płaszcz i karmelowe kozaki. Zuzanna aż uśmiechnęła się na jej widok. Zuzanna miała bowiem słabość do sukienek i kapeluszy. Uwielbiała też delikatne sandałki, czerwony i różowy lakier do paznokci, zapach opalonej skóry oraz olejku ze złotymi drobinkami. Jakby tego było mało, jej ulubione dania stanowiły szparagi z parmezanem i lody pistacjowe. Tak Zuzanna nade wszystko kochała lato, kiedy to w jej krwiobiegu płynął sok ze świeżych cytryn a nos był pokryty piegami. Zimę natomiast najchętniej by przespała.


Zuzanna latem uciekała do Włoch, do Toskanii w której czuła się po prostu szczęśliwa. Odpoczywając wśród cyprysów i drzew oliwnych ładowała baterie, a cykanie świerszczy było dla niej najpiękniejszą kołysanką. Czasem, spragniona szumu morza i palm, jeździła na włoskie wybrzeże, ponieważ żadne inne kąpieliska, nie miały tak cudownie retro charakteru.
Zuzanna zerknęła na ścianę, na której wisiało zdjęcie zrobione pewnego upalnego, sierpniowego dnia. Miała na sobie sukienkę w ciapki i z naburmuszoną miną zakrywała pół twarzy kapeluszem.

Lubiła to zdjęcie.

Tamtego lata do Toskanii pojechała z mamą, hałaśliwymi ciotkami i ich córkami. Babskie wakacje. Ojcowie i bracia oddychając z ulgą zostali w domach, czcząc ten męski czas brakiem niepotrzebnych rozmów, wycieczkami rowerowymi i jedzeniem na wynos.

Ciotki były przyjaciółkami mamy. Znały się całe życie, co uwielbiały podkreślać przy każdej nadarzającej się okazji. Ciągle piły wino – „Przecież jesteśmy we Włoszech!” pokrzykiwały otwierając butelkę prosecco do śniadania. Poza tym świetnie gotowały i kiedy razem szalały w kuchni, to oprócz nieziemskiego bałaganu, który oczywiście Zuzanna i córki ciotek – Maria, Zośka i Gaba musiały potem sprzątać, robiły fantastyczne potrawy. Proste, ale efektowne, pełne smaku i zapachu. A co najważniejsze, każdy posiłek wieńczył deser, co Zuzannie szczególnie odpowiadało.

Ciotki oprócz tego, że były amatorkami wina, dobrej kuchni i niekończących się rozmów były także turystkami z piekła rodem. Nie przepuściły żadnej katedry, wchodziły ludziom na prywatne podwórka, potrafiły utknąć na parę godzin w muzeum oglądając obrazy i jeszcze od swoich córek wymagały aktywności i w miarę inteligentnych komentarzy. A poza tym wciąż robiły zdjęcia. Wyglądały jak azjatyckie turystki obwieszone aparatami z koszykami wypełnionymi obiektywami i kartami pamięci. I winem.

Zuzanna parsknęła śmiechem przypominając sobie tę uwiecznioną na zdjęciu sierpniową chwilę.

Były we Florencji i ciotki dostały jakiegoś amoku. Zamiast oczu miały wizjery, nosy zaś łudząco przypominały obiektywy. Fotografowały wszystko. Elewacje, rzeźby, sztukaterie, rośliny, samochody, przystojnych Włochów – chichocząc przy tym jak nastolatki, no i oczywiście swoje córki. Cały czas komenderowały „Zuzka – odwróć się!”, „Gaba popatrz w prawo!”, „A teraz udawajcie, że nas tu nie ma!” O tak! Bardzo chętnie by udawały, że ich nie ma, ale tych przytłaczających osobowości nie sposób było zignorować.
W końcu usiadły w kawiarni. Ciotki z mamą piły wino, bo jakżeby inaczej. Zośka z głęboko skrywaną przyjemnością przeglądała włoskiego Vogue kupionego przez jedną z ciotek. Maria flirtowała z Włochami siedzącymi przy stoliku obok kręcąc na palcu loki na swych idealnie blond włosach. Gaba rozmawiała ze swoim ojcem i sugerując, że jej matka doszczętnie zwariowała, opowiadała anegdotki z ostatnich kilku godzin.

Zuzanna tymczasem miała dość. Chciała już wrócić do wynajmowanej willi i uciec na hamak zawieszony wśród oliwnych drzew. Albo pojechać nad morze – ledwo ponad godzina trasą FI-PI-LI i już wylegiwałaby się na leżaku. Wtedy usłyszała „Zuza! Jakie piękne światło! Spójrz na mnie!”. Na takie dictum Zuzanna wydęła usta i próbowała zakryć się kapeluszem. Usłyszała tylko spust migawki a po chwili radosny pisk ciotki „Obłęd! Ależ ty jesteś fotogeniczna!”.

Zuzanna uśmiechnęła się do wspomnień i mimowolnie dotknęła opuszkami palców zdjęcia. Dopiła imbirowy napar, włożyła tę sierpniową sukienkę w ciapki, jasny sweter, kremowy płaszcz i kiedy już miała wychodzić z domu, zadzwoniła mama.

– Kochanie, pamiętaj, że dziś przychodzą ciotki! Będziesz? Ściągnąć dziewczyny?

Będę, będę. Kupić wam wino, lody i maliny?

Koniecznie. Najlepiej ze dwie butelki. Będziemy planować mały lipcowy wypadzik. Na trzeźwo nigdy nie dojdziemy do porozumienia!

Zuzanna zaśmiała się głośno. Miała nadzieję, że będzie mogła pojechać z nimi.

You May Also Like

4 comments

Reply

Ależ ja tęskniłam za Twoimi dziewczynami 🥰 za rysunkami i jeszcze bardziej za opowieściami

Reply

Kochana!
Ale wiesz, Przyznam Ci się, że ja za pisaniem tych historii też trochę tęskniłam.
Dziękuję :***

Reply

No nie, Olga, ale mi tu plamę dałaś, FI-PI-LI (a nie Fi-Pi-Li), to nie autostrada, ani nie droga szybkiego ruchu, tylko „strada di grande comunicazione” – droga dużej komunikacji. Tak zwany KOREK. Wieczny. Marsz na pół godziny na kolanach na worku ciecierzycy! ;)

Reply

Dzięki za czujność! Już poprawione :)))

Ja zapamiętałam tę trasę jako drogę do domu ;) największym horrorem były za to niektóre ronda. Kiedyś Chołek w GPS mówi „na szóstym zjeździe zjedź z ronda”…na którym??? Zdarzało się nam krążyć, choć cały samochód liczył te zjazdy na głos ;)))

Leave a Reply to Lenka Cancel Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *