Od dawna poszukiwałam książki, która kompleksowo ujmie zasady dress code dla kobiet. Sklepowe półki uginają się od publikacji skierowanych do mężczyzn (sama mam kilka), natomiast kobiety mogą dowiedzieć się jedynie, jak zrobić porządki w swojej szafie i jak spróbować znaleźć własny styl. Ale książki, która podpowie, jak ten styl okiełznać i dostosowywać do oficjalnych okazji, brakowało.

W listopadzie nakładem Świata Książki ukazała się publikacja „Dress code dla kobiet” autorstwa Agaty Tanter i Ireny Kamińskiej-Radomskiej  (tę ostatnią możecie kojarzyć z telewizyjnego koszmarku o wdzięcznym tytule „Projekt Lady”). Książka ma przybliżyć czytelniczkom zasady dobrego stylu i wizerunku, ma być ściągawką, do której warto zerknąć w chwili zwątpienia podczas komponowania stroju przed oficjalną imprezą.

Książka podzielona jest na kilka części.

Część pierwszą poprzedza tabelka, w której autorki pomagają odszyfrować znajdujące się na zaproszeniach informacje dotyczące stroju. Co istotne, w tabelce podane są także okazje, podczas których dany dress code jest wymagany, więc nawet jeśli nie znajdziecie na zaproszeniu żadnej wskazówki, będziecie mogły właściwie dobrać garderobę. Kolejne rozdziały poświęcone są już konkretnym typom dress code: biała mucha, czarna mucha, strój wizytowy, business, city, casual smart czy country. W każdym z tych rozdziałów omawiane są warunki, jakie powinny spełniać poszczególne elementy garderoby, z których komponujemy strój na daną okazję. Autorki wymieniają także najczęściej popełniane przez kobiety błędy.

W części drugiej autorki skupiają się na następujących tematach: ubiór jako narzędzie manipulacji, strój a wizerunek, zasady tworzenia garderoby (oczywiście, bo przecież za mało na ten temat książek do tej pory powstało).

Trzecia część, najbardziej moim zdaniem absurdalna, to omówienie kolorystycznych typów urody: wiosny, lata, jesieni i zimy. Nie jestem blogerką zajmującą się urodą, ale o ile się nie mylę, to w/w typy były powszechnie stosowane w latach dziewięćdziesiątych (matka Bridget cały czas wysyłała ją do kolorystki) – teraz to już przeżytek. Miałam nieodparte wrażenie, że autorki nie miały pojęcia o czym piszą w tej części. Można było ją zatem swobodnie pominąć, przynajmniej książka byłaby cieńsza. I tańsza.

Na końcu publikacji umieszczono rozdział dress code w pytaniach i odpowiedziach.

Co myślę o tej książce i czy warto ją kupić?

Mam mieszane uczucia, ale niestety więcej jest tych negatywnych.
Zaletą jest, że wreszcie w jednym miejscu znalazłam wyjaśnienie, co oznaczają informacje na temat dress code widniejące na zaproszeniach. I jest to niewątpliwa wartość tej publikacji. Jednakże, jak na mój gust, zbyt często w używane są sformułowania wytrychy: „zależy od sytuacji”, „zależy od urody”, „jednym to pasuje, a innym nie”. Przez to wiele porad jest niejasnych, niekonsekwentnych, niezrozumiałych i w konsekwencji łatwo o błąd, a przecież zadaniem tej książki jest ustrzeżenie nas przed nimi.

Zacząć jednak należy od stwierdzenia, że książka jest napisana źle. Językiem topornym, nienaturalnym, jakby każde zdanie sprawiało piszącym ból i trudność. Czytając ją miałam wrażenie, że wróciłam do liceum i znowu muszę się uczyć o dwudziestoleciu międzywojennym (okres w polskiej historii, którego nie byłam w stanie przyswoić, choć historyczka konsekwentnie motywowała mnie kolejnymi pałami z odpowiedzi…), czyli nie odnajdowałam w lekturze oczekiwanej przyjemności. Autorki tak bardzo chciały być postrzegane jako eleganckie autorytety, że połknęły kije i całkowicie zapomniały o komforcie czytelniczek. Zdania są urywane, pozbawione płynności, a żarty wybitnie nieśmieszne. Tomasz Jacyków napisałby to dużo lepiej!

Autorki obiecują, że zasady przedstawione w książce nie będą całkowicie oderwane od mody. Świadczyć o tym mają liczne zdjęcia sylwetek z wybiegów, ale moim zdaniem nie współgrają one z tekstem. Omawiając strój wizytowy jako inspiracje pokazano cekinowy żakiet (bardzo ładny), koktajlową, srebrną sukienkę i różową, lśniącą sukienkę, przy której napisano, że błyszczący materiał nadaje jej charakter wieczorowy… Okej, a te cekiny i srebro to już nie? W rozdziale dotyczącym stroju business wskazano, że spodnie powinny być zaprasowane w kant, a na stronie obok jako inspirację łupnięto spodnie z szerokimi nogawkami. Oczywiście bez kantów.

Fotografie mające ilustrować tekst pozostawiają wiele do życzenia. Jak wspomniałam, zamieszczono masę zdjęć sylwetek z pokazów. Jeśli czytelniczka sięga po książkę poświęconą dress code, to znaczy, że chce się dowiedzieć co powinna założyć i/lub nie jest pewna, jak taki strój powinien wyglądać. Zdjęcie pokazujące modelkę w kiecce od projektanta jej nie pomoże, ale zdjęcie kobiety w realnej sytuacji – na ulicy/przyjęciu/w teatrze już tak. Nie pomagają także zdjęcia brytyjskiej rodziny królewskiej… nie od dziś wiadomo, że Królowa Elżbieta niespecjalnie umie się ubrać i raczej nie będzie stanowić inspiracji dla młodych dziewczyn (co innego księżna Kate!).

Autorki wydają się być także trochę oderwane od rzeczywistości. Wyjaśniając pojęcia biała mucha i czarna mucha nie osadzają ich w polskich realiach, rzeczywistości przeciętnych kobiet, które będą czytelniczkami tej książki (zakładam, że arystokratki już przeszły stosowną edukację). Ewidentnie tęskniąc za Wielkim Światem pouczają, jak ubrać się na bal debiutantek i przypominają, że na ślubach obowiązuje nakrycie głowy – kapelusz lub fascynator. O ile fascynatory były dość popularne wśród młodych dziewczyn jeszcze stosunkowo niedawno (sama mam kilka), o tyle nie przypominam sobie ani jednego polskiego ślubu, na którym byłam i na którym kobiety (poza babciami) miały na głowach kapelusze. Poza tym, gdybyście się na wyścigi konne ubrały, jak radzą autorki „Dress code”, pan Zdzisiek obstawiający kolejną gonitwę przy kasach, na wasz widok obiecałby sobie, że już nigdy nie tknie alkoholu, bo ma omamy.

Skoro już się tak wyzłośliwiam, napiszę jeszcze co sądzę na temat samej oprawy graficznej i sposobu wydania książki. Po pierwsze nie rozumiem mody na ten koszmarny papier. W publikacjach, w których dużą rolę odgrywają zdjęcia i ilustracje, drukowanie ich na szorstkim, szarawym papierze odbiera im znakomitą większość walorów estetycznych. Po drugie fotografie nie są podpisane. Nie dowiecie się zatem, kreacje których projektantów oglądacie w książce. Mam także wrażenie, że na jednym zdjęciu jest pewna polska stylistka, ale że twarz zasłaniają włosy, nie wskazuję imienia i nazwiska, bo mogę się mylić! Po trzecie ilustracje są brzydkie. A wiecie, jak bardzo je sobie cenię! Wreszcie po czwarte, drogi Świecie Książki, pisze się „Garance” nie „Garnce” – błędy w pisowni imienia chyba nie są eleganckie ;)

Jak się zapewne domyślacie, „Dress code dla kobiet” nie jest pozycją obowiązkową. Nie jest to książka, która sprawi Wam przyjemność estetyczną, nie będziecie chciały do niej wracać, chyba że z konieczności. Wiedzę, którą autorki mają, można było przekazać lepiej, przystępniej. Zadbać, żeby czytelniczki faktycznie mogły odnieść zawarte w publikacji rady do siebie, swojej garderoby, sytuacji, w jakiej się znalazły. Być może należało umieścić także kilka zdjęć źle dobranych, choć na pozór świetnych, strojów, żeby unaocznić czytelniczkom, jakie pułapki czyhają przy komponowaniu zestawów na oficjalne okazje.

Na dobrą książkę poświęconą dress code dla kobiet nadal czekam, a na razie, jak będę piła toast z królową, przyjrzę się bacznie, czy i kiedy zdejmuje rękawiczki i ile ma przy sobie zapasowych par ;)

Bisous :*

You May Also Like

5 comments

Reply

Mniam, pycha! Dziękuję za merytoryczną, błyskotliwą recenzję! Już wiem, że absolutnie nie chcę zaadoptować tej książki ;) Przyłączam się do oczekiwania! Pozdrowienia :)
Paulina

Reply

Cieszę się, że tekst Ci się spodobał :)
Czekamy zatem razem!

Reply

Dzięki za fajny i mądry tekst.Muszę przyznać,że już wiem że ja też za żadne skarby nie chcę tej książki;)Masz rację że w tej tematyce książki dla mężczyzn są na zdecydowanie lepszym poziomie i dzięki kilku-plus jeszcze latą pracy w zbliżonym zawodzie -mogę śmiało powiedzieć,że ta dziedzina nie ma dla mnie tajemnic.Ale kurczę,chciałabym zawsze dorównywać tym super ubranym gością,a tu cholerka nie raz już przekopywałam ocean stron na necie bo nikt jeszcze w PL nie pochylił się głębiej nad tym tematem i nie napisał super książki.
Cóż czekam z Wami kobietki byle by ktoś zdąrzył przed moją 40-stką bo potem to już (jak oświecił mnie dzisiaj jeden starszy pan w kolejce do lekarza)u kobiety opad a u faceta zwis.
Dobrego tygodnia dla wszystkich:)

Reply

Zazdroszczę wiedzy. Moja była nieco przykurzona i miałam nadzieję na publikację współczesną. Niestety.

Ach, te mądrości rodem z lekarskiej poczekalni… Zawsze można się czegoś ciekawego dowiedzieć! Opad-sropad, medycyna estetyczna i chirurgia plastyczna potrafią zdziałać cuda (nawet z ładnej kobiety zrobić brzydkiego, wyleniałego kota). ;)))

Buziaki :*

Reply

Przepraszam czytających za błędy „latom i gościom”mózg przestał pracować o tej porze.Wstyd!!!Poprawię się;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *