Kiedy byłam dzieckiem i nastolatką pochłaniałam książki na kilogramy. Biblioteki były moimi najlepszymi przyjaciółkami, wycieczka do księgarni stanowiła idealne zwieńczenie udanego weekendu, zaś Warszawskie Tragi Książki były świętem absolutnym, podczas którego zostawialiśmy z rodzicami w kasach księgarzy okrągłe sumki pieniędzy. Czytałam w tramwaju, ucząc się historii (książka zawsze była mniejsza niż podręcznik, by nie wystawała), czasem na nudnych lekcjach, w łóżku, w wannie, na kanapie, w podróży, krótko mówiąc gdziekolwiek i kiedykolwiek się dało.

Na przestrzeni ostatnich lat uległo to zmianie.

 

Jeśli jesteś użytkowniczką Instagrama, zapewne zauważyłaś, że wprost ugina się on od trzech rzeczy: kawy, kwiatów i książek.

Ewentualnie modowych magazynów. Przeglądając profile ma się wrażenie, że Instagramowicze ciągle czytają. I to nie byle co, bo same opasłe tomy, a nie jakieś smętne nowelki. Książki uzupełniane są codzienną prasą, tygodnikami, miesięcznikami i kwartalnikami. To tysiące stron i miliony liter.

Ale wiesz, ja w to nie wierzę. Cynicznie uważam, że książki są rozkładane tylko do zdjęć i większość z nich nawet nie została tknięta. Wiesz dlaczego? Bo sama mam kolosalną górę książek zaczętych lub po prostu kupionych i odłożonych na „potem”, które nigdy nie nadchodzi.

Zastanawiam się także, jak instagramowi czytelnicy znajdują czas na lekturę, skoro, zasadniczo, są zarobieni. Wiesz, być na bieżąco z serialami i dokumentami na Netflix, chodzić do kina, szwendać się po knajpach i kawiarniach, robić zdjęcia, edytować je, publikować i w dodatku mieć przeczytane każdą sfotografowaną książkę i każdy magazyn, to nie lada wyczyn i nie ukrywam, że też tak chcę!

Ta czytelnicza hiperaktywność jest o tyle zastanawiająca, że w 2017 roku w Polsce jedną książkę przeczytało zaledwie 38% badanych, a więcej niż siedem jedynie 9%. Coś tu w takim razie musi być nie tak, albo metoda badawcza jest do kitu, bo przecież my czytamy masę książek, a może tylko…udajemy?

 

Dlaczego udajemy? Bo kobieta stylowa to cały pakiet: fajne ciuchy, dobra fryzura, nienachalny makijaż, inteligencja i oczytanie.

A przecież właśnie za takie kobiety się uważamy i tak chcemy być postrzegane. Dlatego kupujemy kolejne książki, okładamy się nimi dookoła, a potem mamy wygodne podstawki na herbatę, kiedy leżymy na kanapie i oglądamy serial lub filmiki z kotami na YouTube.

Po przeczytaniu zestawiania Biblioteki Narodowej na temat czytelnictwa, zaczęłam się zastanawiać, ile książek przeczytałam w ubiegłym roku. Więcej niż siedem? A może mniej? I wiesz, nie mogłam się doliczyć. Pamiętałam sześć: „Lalę”, „Tajemnicę domu Helclów”, „Zaginiony symbol” (Dan Brown to moje świerszczyki), „Opowieść podręcznej” (straszna nuda), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych”, „Spod zamarzniętych powiek”… Mam kilka książek zaczętych, które są ciągle na tapecie („Dziennik roku chrystusowego” – ta książka się nie kończy, „To jest napad”, „Rozdarta zasłona” czy „A Paris”), albo takich, które zaczęłam, ale przeczytałam już w tym roku. Do tego należy doliczyć jedenaście numerów Harper’s Bazaar (od deski do deski), pojedyncze artykuły z Kukbuków czy Przekroju i jakieś kolorowe gazetki bez treści jak Elle czy In Style. No i blogi. Plus kilkaset stron akt różnych prowadzonych przeze mnie spraw sądowych.

Uważam, że to mało, bo i lektury nie były szczególnie wymagające i czytały się same (Dan Brown? Proszę Cię!). Ale równocześnie mam wrażenie, że osoba aktywna zawodowo czy rodzinnie (pozdrawiam wszystkie młode mamy!), mająca jakiekolwiek zajęcia „dodatkowe” (choćby drinki ze znajomymi lub fitness) nie jest w stanie czytać dużo, bo nie ma na to czasu.

I często siły.

Po kilku godzinach przed komputerem, spotkań z klientami, karmienia, śledzenia przygód Świnki Peppy czy serwowania kawy nie mamy ochoty na nic. Serial lub film wydają się być jedynym słusznym rozwiązaniem, a książka jest najlepszym środkiem nasennym. Wystarczy przeczytać kilka zdań, by oddać się w objęcia Morfeusza.
I jak w takich warunkach przeczytać więcej niż siedem książek rocznie, jeśli w podstawówce nie przeszło się kursu szybkiego czytania? Moim zdaniem to bardzo trudne.

Tymczasem blogi i Instagram mogą nas wpędzić w intelektualne poczucie winy.

Bo oto Marysia czyta kolejną książkę, Stasiek poleca jakąś gorącą nowość, Zuzia (ta co ma dwójkę maluszków i gotuje super fancy obiadki) znów siedzi przy kawie i czyta opasłą powieść, a Klaudia codziennie ma na tapecie nowy modowy magazyn. A Ty co? Spędziłaś całą niedzielę oglądając „Gilmore Girls”, a na ostatnio kupionej książce zebrała się solidna warstewka kurzu.

Ale nie przejmuj się.
Marysia, Stasiek, Zuzia i Klaudia też pewnie tego wszystkiego nie przeczytali.

Za to zdjęcia są bardzo ładne!

Bisous :*

You May Also Like

14 comments

Reply

Zgadzam się! Ja czytałam zawsze bardzo dużo. Miałam co roku nagrodę czytelniczą bo książki dosłownie połykałam. Po urodzeniu przeczytałam jedną książkę a bycie mamą i czytanie jest trudne. Nie liczę książek kulinarnych;) A zahaczając o czytanie to mam zamiar przeczytać raz jeszcze Lalkę:D Tylko ten czas…

Reply

Ja z kolei postanowiłam w końcu przeczytać „Czarodziejską górę”. Zaczynałam ją kilka razy i zawsze musiałam oddać do biblioteki, bo już była przetrzymana…Teraz jest na czytniku. Może mi się uda ;)))

Reply

Instagram tonie w książkach, a ja tonę w braku czasu. I nieprzyzwoicie skrycie zazdroszczę tym, którzy mają takie momenty, żeby na chwilę zatonąć sobie w litrach czegoś tak porywającego, że normalnie… herbata stygnie. :D Ale niestety wygrywa czytanie czegoś, co może się przydać, albo po prostu poświęcanie wolnych chwil na internetowanie, pisanie. No i po całym dniu ogarniania rzeczywistości jednak wino i Netflix.

To wszystko takie codzienne małe wybory, które sprawiają, że straszliwie tęsknię za czytaniem- takim po prostu, dla samego czytania.
BISOUS :*

Reply

kiedy niedawno czytałam najnowszą Musierowicz, przypomniałam sobie na chwilę, jak to jest po prostu miło poczytać… Ale właśnie, jak napisałaś – te małe wybory…

Reply

Dziękuję za ten tekst…dla mnie to są słowa otuchy…zaliczam się do grona „młodych mam”…nic wiecej nie trzeba pisać. ..🙄 Serdecznie Pozdrawiam! PS a czas na Twoje teksty „kradne” z mojego dnia zawsze i wszędzie 😚

Reply

Ps żeby nie było -Dzieci swoje kocham 😉

Reply

No to teraz połechtałaś moje blogerskie ego!
:***

PS: Oczywiście! Ale czasem Mama lubi być sama <3

Reply

W dzieciństwie czytałam najwięcej, spokojnie jedną książkę tygodniowo. W liceum już mniej, na studiach tylko niemieckojęzyczne lektury, a potem długo, długo mizerny wynik 3-5 ksiażek rocznie. A teraz? Praca przy kompie w domu, dwójka dzieci, a ja… czytam przy karmieniu piersią :-) Głównie wieczorem, ok. 30 min. Czasem nawet czytam na głos, półrocznemu niemowlęciu to i tak wszystko jedno, co się czyta i w jakim języku :-)

Reply

Kazdy lubi ładne zdjecia😂 u mnie ksiazek nie było- bo w oczekiwaniu na Balbinka snią mi się koszmary i to bez dodatkowej fabuły. Ostatnią knigę przeczytałam w grudniu😅Za to dzis nadrobiłam Twojego bloga. Kisses😙

Reply

Jak pojawi się Balbinek, to utkniesz w bajeczkach, historyjkach i dziecięcych marzeniach…Też pięknie!

Reply

Ale masz rację, Olgo. Na Instagramie czy blogach często widać książki, otwarte, czytane. Jedna bardzo popularna blogerka, której wpisy obie śledzimy, miała raz zdjęcie, na którym widać otwartą książkę, strona z piękną grafiką, a tekst, po przyjrzeniu się, okazał się być w języku, którego ona nie zna. Hmm…

Reply

ech…no właśnie. Choć jeśli to albumy o sztuce lub ze zdjęciami – często takie wydawnictwa kupujemy właśnie dla nich.

A czytanie maluchowi przy karmieniu to piękna chwila. Rozumie tyle, ile trzeba – mama jest obok i kocha i jeszcze jeść daje! Najlepsza!
:***

Reply

Świetny artykuł. Ja codziennie ubolewam nad tym, że nie mam już 14 lat i nie mogę przeczytać Krzyżaków w jeden dzień, bo nic innego nie mam do zrobienia. A jak widać potrafiłam wtedy pochłonąć wszystko. Teraz staram się kupować tylko książki, które przeczytam, czytam to co dostanę w prezencie, a pozostałe to raczej w formie ebooka, więc ciężko strzelić fotkę ;) Polubiłam za to portal lubimyczytać.pl i tam zaznaczam sobie wszystkie przeczytane książki, żeby się nie zgubić. Na ten przykład w zeszłym roku pochłonęła mnie seria Janet Evanovich o Stefanie Plum (no cóż, lektury wysokich lotów nie są dla mnie), a wyszło jej po polsku 18 tomów, więc mogę powiedzieć, że co najmniej 18 książek przeczytałam, i to raczej w dwa miesiące niż w rok. Chyba więc zawyżyłam średnią, co oznacza, że cała reszta Polaków przeczytała jeszcze mniej! ;)

Reply

Hihi
Powiem Ci, że ja już mam trochę dość tego ocenienia „wysokie loty”, „ambitna lektura”. Okej, czasem jest tak, że jak czytam jakąś książkę uznaję ją za grafomanię i daję z nią sobie spokój. Ale może komuś innemu się podoba? Nic mi do tego. Co najwyżej, ze swojej perspektywy mogę jakąś książkę odradzić lub polecić. A 18 książek w dwa miesiące to konkret :)))

PS: Krzyżaków nigdy nie przeczytałam. Obczaiłam tylko po dwa rozdziały z początku i końca każdego tomu plus jakiś fragment ze środka, resztę doczytałam w „bryku” i uznałam, że wystarczy. Generalnie z Sienkiewiczem mi nie po drodze ;)))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *